„Łosie nieustannie są w drodze. Wydają się żyć w przekonaniu, że trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie.”
W tym niepozornym zdaniu mieści się dużo treści skrzętnie schowanej pod rozległą warstwą absurdu. Nie jest to typ absurdu, którego głównym źródłem jest ekwilibrystyka językowa. Wręcz przeciwnie. To najzwyklejsza codzienność naszkicowana jednowymiarowo, której szersza perspektywa, czyni z tej książki doskonałą groteskę. To niewielkie i precyzyjne lustro w którym odbicie ludzkie potrafi rozbawić, ale przede wszystkim pozwala ujrzeć wszelkie niedoskonałości ludzkiej natury. I to właśnie natura (w powieści występująca pod postacią lasu) jest tym katalizatorem, w której można dostrzec, jak absurdalnie skonstruowana jest cywilizacja, a jednocześnie - paradoksalnie rzecz ujmując – jak łatwo przywrócić jej wewnętrzny ład.
Erlend Loe dokonał nie lada sztuki. Krytyka nigdy nie jest przyjemna, a co ma zrobić czytelnik, kiedy ta, szyta grubymi nićmi absurdu, staje się zabawna dla samego adresata? Tym bardziej, że autor nie oszczędza nikogo. Relacja Dopplera - głównego bohatera książki (a może i alter ego samego pisarza?) - z małym łosiem, nazwanym przez niego pieszczotliwie Bongo, jest gorzką prawdą o stosunkach międzyludzkich.
„Wychodzę z namiotu i sikam. Jak zwykle w tym samym miejscu. Na płaskim kamieniu u wejścia do namiotu. Stąd zazwyczaj mam widok na całe miasto i fiord, ale nie tym razem, bo jest mgła. A cielaka kompletnie ignoruję. Udaję, że go tam po prostu nie ma. Stoi cały spięty i przygląda się, jak sikam. Próbuję stać do niego plecami, ale widać zdołał rzucić na mnie okiem i chce zobaczyć więcej. Zmienia pozycje i przygląda się pod innym kątem. Odwracam się, ale cielak nie daje za wygraną. Wygląda to tak, jakby chciał sprawdzić, czy go wzrok nie myli. Jak cała reszta. The story of my life.- Tak, tak, cholera jasna! - mówię i odwracam się w jego stronę ze spuszczonymi spodniami i rękoma w powietrzu. - Popatrz sobie. W porządku? Napatrzyłeś się już? Zadowolony?Ale ten bezczelny mały nie ma dość. Wciąż się gapi. Są jednak granice tego, na co te cholerne łosie mogą sobie pozwolić. Chwytam siekierę, która znajduje się w zasięgu mojej ręki i z duża siłą rzucam nią w cielaka. Odskakuje w bok i ucieka między drzewa. Życie nauczyło mnie, że źle na tym wychodzę, gdy próbuje ukryć prawdę, równie dobrze mogę więc już teraz to powiedzieć: Mój członek jest duży. Co tu dużo gadać. Mam wyjątkowo, żeby nie powiedzieć – ekstremalnie duży organ płciowy. Krótko mówiąc: olbrzymiego fiuta.(…)W szkole wołali na mnie „Doppler z fiutem”. To było na szczęście wiele lat temu. Nie myślę już o tym. Ale to bolało. Miałem przecież inne cechy, na które ludzie mogliby zwracać uwagę.”
Z prozaicznych sytuacji Loe konstruuję krytykę, której nieodłączną częścią jest drwina. Często uzyskana poprzez wyśmienite frazy, a zarazem, co oczywiste, celność obserwacji. Czy w bogatym kraju skandynawskim jest miejsce, a może przede wszystkim - czy jest zasadna krytyka kapitalizmu? Doppler porzuca rodzinę, cały swój dobytek i zamieszkuje w lesie nieopodal miasta. W zamian za mięso z łosia („rodzicielki małego Bongo”) rozpoczyna „wymianę handlową” z kierownikiem renomowanego supermarketu. Jak sam podkreśla, potrzebuje odtłuszczone mleko, bo ten wynalazek nowoczesności „uszlachetnia ludzi”.
„Może pan otworzyć jakąkolwiek gazetę lub czasopismo, a zobaczy pan, że obecnie jest niewielu światłych ludzi, którzy poddawaliby w wątpliwość to, że musimy zmienić nasz model społeczeństwa konsumpcyjnego, jeśli ma on przetrwać dłużej niż kilka dekad.”
Doppler nie stroni również od cierpkich słów pod adresem ojczyzny (Norwegii). Szczególnie zwraca uwagę fakt „ostrości” i bezpośredniości tej kontestacji. To „credo patriotyczne”, w swoim odcieniu ironii tak bardzo bliskie nam, Polakom, jest też zogniskowaniem problemu w postaci błędnego postrzegania zależności między bogactwem (w domyśle kapitalizmem) i szczęściem, a także próbą ostrzeżenia przed kultem pieniądza, który staje się celem samym w sobie, który przysparza w umysłach ludzi więcej szkody niż pożytku.
Dużo mówi o ambicji. O nieskończonej dyktaturze bycia lepszym, ambitniejszym od swojego ojca, matki, koleżanki, sąsiada. O tym jak łatwo popaść z jednego kultu w drugi, z jednej gry pozorów w drugą. O tym, jak pożądana w dzisiejszym świecie ambicja staje się mechanizmem manipulacji, która tak naprawdę jest szkodliwa dla ludzi, bo doprowadza do izolacji często bliskie sobie osoby, dając w zamian złudne poczucie bezpieczeństwa. O mediach, polityce, ich związku i równoczesnym oderwaniu od rzeczywistości. W całej tej trafnej kontestacji, w tym całym „bagnie oczywistości” i oparach absurdu, Doppler próbuje odnaleźć siebie w „ciszy lasu”, pogodzić się z utratą ojca, którego nigdy dobrze nie poznał. Erlend Loe i w kwestiach intymnych jest nieugięty i z właściwym sobie (drwiącym) humorem, psychiczną akceptację „utraty ojca” zrównuje z rytuałem postawienia przez Dopplera wielkiego totemu w środku lasu.
„Doppler” to powieść zabawna, a zarazem mądra i przewrotna. To powieść, której gorycz jest tak duża, że nie sposób jej przełknąć bez uśmiechu. Wspaniale skonstruowane zdania, nietuzinkowość historii, niezliczone pokłady ironii, a przede wszystkim specyficzny skandynawski dystans składają się na prozę, która zwraca uwagę swoim uniwersalizmem i ciepłem. Bo ostatecznie, w całym tym znoju cywilizacyjnym, w niezliczonych sarkastycznych podtekstach codziennej rzeczywistości, niezmiernie ważna jest tolerancja. To właśnie ona może być antidotum na nieznośne życie, na złapanie właściwego dystansu i wydobycie krytyki z okowów „chorej ambicji” i dyktatu „emocjonalnego ego”. Na przywróceniu krytycznemu myśleniu właściwego miejsca w umysłach, a także na zrozumieniu, że sama tolerancja może również paradoksalnie oznaczać brak akceptacji. „Doppler” jest opowieścią o wieloznacznych kontekstach, mówiącą o tym, jak trudno zdefiniować szczęście i jednocześnie jasno dająca do zrozumienia, że nie warto przez to rezygnować z wędrówki w poszukiwaniu własnego szczęścia.
„Po pierwsze o tym swoim nielubieniu ludzi. To się nie zmieniło. Ale zaczynam rozumieć, że muszę mieć na tyle otwarty umysł, żeby przyznać, że te moje przeświadczenie opieram na znajomości ludzi, którzy mnie otaczają.
(…)
A to, rzecz jasna za mało. Muszę spotkać innych ludzi. Musze być otwarty na taką możliwość, że gdzieś tam żyją inteligentne istoty, które przedstawiają ze sobą inne wartości. Będę wędrował tak długo, dopóki ich nie spotkam.”
"Doppler" Erlend Loe, oryg. "Doppler", przeł. Milena Soczko, wydaw. słowo/obraz terytoria, s. 129, r. 2007
Intrygujące słowa, intrygujący autor - zarówno książki, jak i recenzji!
OdpowiedzUsuń na zawsze:) ująłes wszystko co trzeba.
OdpowiedzUsuń na zawszeA książka pozostanie jedną z moich ulubionych i ważniejszych lektur.
No nic dziewczyny, inni dostają wyśmienite candybook, a ja mam dla Was po jednym najzwyklejszym malutkim łosiu Bongo ;D
OdpowiedzUsuń na zawszeJa wiem, taki autor z takimi książkami przydałby się u nas w Polsce.
:)ech, taki malutki Bongo by się przydał, zwłaszcza najzwyklejszy :)
OdpowiedzUsuń na zawszeBardzo fajna recenzja.
OdpowiedzUsuń na zawszeKrzysztof, powiedz co zrobić, żebyś takie teksty wpisywał na bloga regularnie, a nie jedynie od zdarzenia do zdarzenia? :-)